Zaproponuj newsa Zarejestruj się Zaloguj się Zaloguj z Facebook.com Odzyskaj hasło
Profil na Facebook.com Profil na Facebook.com Profil Twitch.tv
Szukanie zaawansowane

ZAPOWIEDŹ
PUBLICYSTYKA
PORADNIK
GALERIA
AKTUALNOŚCI
Komputer osobisty
Left 4 Dead
Left 4 Dead box
Producent:-
Wydawca:-
Dystrybutor:-
Premiera (polska):21.11.2008
Premiera (świat):18.11.2008
Gatunek:FPS
Mam
Ukończona
Czekam
Obserwuj
Ulubione
Ocena
Redakcja
Czytelnicy
Grafika:
Dźwięk:
Grywalność:
Ogólna:

Ocena ogólna:

8

Zagłosuj
Zobacz szczegóły

Left 4 Dead

Dodano dnia 17-12-2009 18:57

Recenzja

Tryby kooperacji stają się ostatnio coraz bardziej popularne. Każdy, kto choć raz zakosztował dobrze pomyślanej rozgrywki w grupie, wypatruje teraz newsów niosących „dobrą nowinę” (czyt. tych zwiastujących obecność coopa). Valve poszło o krok do przodu, tworząc grę, w której współpraca jest głównym trybem zabawy – „Left 4 Dead”. W związku z tym już teraz muszę coś przyznać – jeśli nie macie z kim grać, nie kupujcie tej gry. Granie samemu kompletnie mija się z celem, gdyż gra traci bardzo wiele na grywalności.
 
W produkcji twórców „Half-Life” mamy tylko jeden cel – przeżyć. W wyniku infekcji większość mieszkańców zamieniła się w krwiożercze zombie, my zaś wcielamy się w jednego z czterech ocalałych i wspólnymi siłami próbujemy przedostać się do miejsca ewakuacji. To właśnie jest cała fabuła tej gry, która istnieje tylko po to, aby dać nam możliwość bezpardonowej, krwawej i brutalnej eksterminacji umarlaków, co niesie ze sobą nieprzebrane pokłady rozrywki.
 
Wycieczka ta nie jest procesem zbyt skomplikowanym – za pomocą broni wycinamy sobie ścieżkę wśród chmar wrogów, czasem tylko coś tam przełączając i broniąc się w określonym miejscu. Trzeba przyznać, iż pod tym względem autorzy się nie popisali. Choćby po modach (o których szerzej napiszę później) widać, ile ciekawych rozwiązań można było dodać do kampanii. A tak, cała filozofia polega na tym, aby odnaleźć właściwą ścieżkę i nie dać się zabić. Dlaczego więc gra jest tak wciągająca? Powodów jest kilka. Raz, że to schematyczne chodzenie w gruncie rzeczy jest... fajne. Nie da się opisać radochy po zaliczonym headshocie, czy udanej obronie przed hordą przeciwników. Dwa, że granie z innymi samo w sobie jest motorem napędowym rozgrywki. Nawiązuje się wtedy rywalizacja, można się pośmiać, w krytycznych momentach wspierać – dostajemy wszystko to, co w trybach sieciowych najlepsze.
 
Okazję do wspierania się ogniem będziemy mieli w czterech kampaniach, z których każda jest odmienną historią, oraz nowej mini kampanii (do pobrania za darmo razem z aktualizacjami) stworzonej przez twórców, będącej kontynuacją jednej linii fabularnej z wersji podstawowej. Każda jest trochę inna: raz uciekamy przez miasto, innym razem przez przedmieścia, czy nawet pola. Ogólnie mapy są niezłe, zaplanowane specjalnie tak, aby jak najłatwiej było zginąć, ale bez specjalnego polotu. Każda kampania jest stylizowana na horror: przy ekranie wczytywania mamy plakat filmowy, zaś po ukończeniu napisy końcowe ze statystykami – ciekawy pomysł. Jedyne, do czego się pod tym względem przyczepię, to sposób rysowania Zoey – jedyna, na dodatek całkiem fajna, kobieta wśród bohaterów, wygląda wręcz fatalnie. Na szczęście nie przeszkadza jej to być ulubioną postacią graczy... ;)
 
Jeśli już jestem przy bohaterach, warto temat ten rozwinąć. Oprócz wspomnianej studentki Zoey, do dyspozycji dostaniemy także harleyowca Francisa, informatyka Louisa i weterana wojny w Wietnamie, Billa. W przeciwieństwie do bohaterów drugiej części, są oni... swojscy. Nie ma tu żadnych odpicowanych barbie/lalusiów, ot zwykli ludzie, jakich często widzi się na ulicy, którzy mieli (nie)szczęście przeżyć. Przez to gracz się z nimi zżywa, wczuwa się w te postacie.
 
Niestety, ich inteligencja nie jest idealna. Czasem zdarza im się zaciąć, czy zginąć w głupi sposób. Całe szczęście przez większość czasu zachowują się nieźle, skutecznie pomagając w przedzieraniu się przez wrogów.
 
Zombie, z którymi przyjdzie nam tu walczyć, to nie tylko standardowy, łatwo rozstający się z życiem motłoch (zwany hordą), ale także osobniki specjalne. Występują w pięciu odmianach: Tank, Witch, Boomer, Smoker i Hunter. Każdy ma swoje specjalne właściwości, którymi potrafi mocno zaszkodzić, każdy też wydaje specyficzny dla siebie dźwięk, dzięki czemu możemy się przygotować do spotkania. Hunter jest szalenie wręcz sprawny, z kilkunastu metrów potrafi rzucić się na postać, uniemożliwiając jakikolwiek ruch i powoli ją rozszarpuje, aż do uwolnienia przez towarzyszy (bądź też jej śmierci). Smoker działa podobnie, z tą różnicą, iż najpierw z bezpiecznej odległości łapie ofiarę językiem, dopiero po tym ją przyciągając. Umierając zostawia zaś chmurę dymu, która utrudnia komunikację głosową. Boomer to bez wątpienia najobrzydliwszy z bossów. Ten idealnie odwzorowany amerykański nastolatek razi nas... wymiocinami. Na dodatek gdy już podejdzie, dość ciężko się go pozbyć – zabicie stwora powoduje bowiem wybuch, który ochlapuje wszystkich będących w pobliżu treścią jego żołądka. Ta zaś (jak i wymiociny) sprowadza na nas atak hordy, z którą przez zasłaniającą widok maź o wiele ciężej się rozprawić. Na koniec pozostawiłem dwoje najciekawszych bossów. Witch to mała, wychudła dziewczynka, która jednak wbrew pozorom jest chyba najgroźniejszym z przeciwników. Dlaczego? Spróbujcie poświecić na nią latarką albo postrzelić – wtedy ta niepozorna dziewoja pokazuje pazury. Dosłownie. Jeden jej cios obezwładnia, zaś na najwyższym poziomie trudności zabija na miejscu. Na całe szczęście jej płacz słychać z daleka, dzięki czemu można próbować ją ominąć, ewentualnie przygotować się do ataku. Ostatni boss, Tank, pojawia się najrzadziej. Najprościej opisać go jako chodzącą kupę mięśni. Niestety, w przeciwieństwie do Witch to nie pozory – siła, jaką dysponuje ten boss jest tak ogromna, że low kicki Pudzianowskiego wymiękają. Jego uderzenie odrzuca nas na kilkanaście metrów (co w niektórych miejscach, np. na dachu, oznacza zgon), potrafi nawet podnieść samochód i nim w nas rzucić. Ba, nie tylko samochód – walcząc z nim trzeba uważać na wszystkie elementy otoczenia, sam raz wyrwałem... śmietnikiem. Aby tych dwoje pokonać, konieczna jest współpraca, samodzielnie to zadanie jest prawie niewykonalne.
 
Jak na FPS’a z akcją w czasach współczesnych przystało, autorzy oddali w nasze ręce broń palną. Szkoda tylko, iż jest jej tak mało – ot, dwa typy strzelb (różniące się szybkostrzelnością), tyleż samo broni maszynowych (Uzi i karabin z większą siłą rażenia), snajperka i pistolet (z możliwością strzelania z dwóch jednocześnie). Tyle. Mało? Jasne, że mało. Co prawda to nie żaden cRPG, czy h’n’s, ale jakiś większy wybór by się przydał, w końcu to gra opierająca się wyłącznie na strzelaniu, dodatkowo przeznaczona do wielokrotnego przechodzenia. Przez to bronie bardzo szybko zdążą się opatrzeć i „ograć”.
 
To samo zresztą byłoby z kampaniami, gdyby nie scena moderska. Racja, mimo niedociągnięć są dobre, jednak po kilkunastym przejściu zna się je prawie na pamięć. Wtedy nie pozostaje nic innego, jak poszukać w internecie historii stworzonych przez moderów. Jest ich mnóstwo, często z bardzo ciekawymi pomysłami. Są też sporo dłuższe od oryginalnych, na których przejście wystarczy około godziny – tutaj trzeba poświęcić co najmniej dwa razy tyle. Dla jednych to dobrze, bo ich żywotność jest dzięki temu większa, dla innych (w tym dla mnie) taka długość to drobna przesada – siadając do gry chcę przejść kampanię w całości, a nie na raty. Na szczęście to chyba jedyne, co mi w amatorskich etapach przeszkadza.
 
Sporo tekstu już napisałem, a nie podałem jeszcze informacji o tym, iż kampanie to nie jedyny tryb rozgrywki w „Left 4 Dead”. Oprócz tego mamy jeszcze Kontrę i Przetrwanie. Oba wykorzystują nadal ten sam pomysł (czworo ocalałych próbujących przetrwać w walce z zombie), jednak w trochę inny sposób. W Kontrze wybieramy dowolny etap, na którym wcielamy się w któregoś z ludzi i próbujemy uciec, albo... staramy się w tej ucieczce przeszkodzić. Możemy bowiem wcielić się w zombiaka! Oczywiście nie tego zwykłego z hordy, a w okazy specjalne (z wyjątkiem Witch). Nie ma to jak znienacka rzucić się na kogoś jako Hunter, czy posłać go w przestworza grając Tankiem. Przetrwanie również dostarcza nie lada emocji – jak wskazuje nazwa, jesteśmy rzucani w wybrane przez nas miejsce, gdzie musimy się bronić przed nacierającymi hordami, ale także bossami, którzy pojawiają się tu w ilościach hurtowych, dodając walce pikanterii. Muszę tu wspomnieć o swojej ulubionej mapie, stworzonej przez internautów, a jest nią... Helmowy Jar. Tak, ten z „Władcy Pierścieni”. Walka tam jest naprawdę niesamowita, aż się prosi o całą armię ocalałych do stoczenia walnej bitwy. Jednak i w czwórkę zabawa jest wyśmienita – gdy pewnego razu Tanki zepchnęły nas z głównej sali na wieżę, a potem z resztkami amunicji przebiliśmy się z powrotem i odzyskaliśmy parter, emocje sięgały zenitu.
 
„Left 4 Dead” to gra nadzwyczaj ciekawa, jednak w wielu miejscach niedoszlifowana. Brakuje broni, czy lepszego wykorzystania map, ale nie zmienia to faktu, że rozgrywka jest wyśmienita i dostarcza niesamowitych wrażeń. Teraz, gdy produkcja kosztuje zaledwie 50zł, jest świetna okazja na to, aby sprawdzić, czy taki specyficzny typ zabawy nam pasuje. Można jednak zainwestować od razu z „L4D2”, gdzie twórczo rozwinięto pomysły z jedynki i poprawiono grafikę (która tutaj nie powala, ale i nie razi), choć wiele osób uważa, że bohaterowie w części pierwszej są o wiele fajniejsi, i dlatego warto właśnie przy tej części pozostać. Decyzję pozostawiam Wam. Powiem tylko jedno: zdecydowanie WARTO w „Left 4 Dead” zainwestować, o ile jednak masz z kim grać...
 

Plusy

Minusy

AUTOR
Avatar użytkownika Łukasz ″JayL″ Jakubczak
Łukasz
Jakubczak
"JayL"
GALERIA GRY

Brak obrazów powiązanych z tą grą.

REKLAMA

Created by Notimeo logo
Copyright © GIEROmaniak 2005-2020. Wszelkie prawa zastrzeżone. Strona załadowała się w 21.19 ms.

Ta strona używa cookie. Dowiedz się więcej o celu ich używania z naszej polityki prywatności. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.

x